Oto jedno z ostatnich zdjęć "Balerona". Koniec marzeń.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mercedes 124. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mercedes 124. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
Mercedes odjeżdża na zawsze.
Sierpień okazał się smutnym miesiącem dla fanów motoryzacji czytających mojego bloga. Mikołaj Iwański sprzedał Mercedesa 124 i kupił auto o którym nie mam zamiaru pisać. Mercedes nastręczał drobnych trudności i w pewnym momencie trzeba było wymienić w nim wszystko, ale jak to w życiu "coś za coś". Czarny mercedes był postrachem władz Politechniki Koszalińskiej, towarzyszem naszych podróży służbowych oraz ogólnie punktem odniesienia w błyskawicznie zmieniającym się świecie.
środa, 7 marca 2012
znowu wycieczka
Jakiś czas temu miałem okazję być współkuratorem (wraz z Ewą Łączyńską Widz - dyrektorem BWA Tarnów) wystawy Jana Głuszaka Dagaramy "Z Trudu Słońca". Wystawa ta, zamykała niemal dwuletni projekt Tarnów. 1000 lat nowoczesności (niebawem dostępny będzie katalog obszernie opisujący wszystko, co zdarzyło się w ramach naszego projektu oraz książka Tarnów. 1000 years of modernity dla tych którzy wolą czytać po angielsku).
Oto zdjęcie z wystawy w autorstwa Mateusza Sadowskiego.
Wystawa odbyła się w Instytucie Awangardy, którym to instytutem opiekuję się Fundacja Galerii Foksal. Montaż ekspozycji trwał prawie tydzień, choć wcale nie musiał trwać tak długo, ale była to znakomita okazja, aby poobcować z przemiłą załogą tej instytucji. Wszyscy byli bardzo zaangażowani i staranni, do tego, szczególnie pracujące tam dziewczyny, bardzo dla mnie mili.
Wystawa się skończyła, a ja, jako współkurator, zdeklarowałem się, że zwrócę pracę w miejsce z którego były wypożyczone, czyli (w przeważającej część) do Muzeum Architektury we Wrocławiu.
Jako, że w dalszym ciągu nie posiadam samochodu, ani prawa jazdy żadnej kategorii, poprosiłem dr Mikołaja Iwańskiego o przysługę. Mikołaj jak zwykle się zgodził, choć, wcześniej jeździł ze mną jako magister. Teraz jako świeżo upieczony doktor ekonomii jeździ lepiej, wlaliśmy też lepszą ropę (co w konsekwencji okazało się dużym błędem, ale o tym później).
Podróż zaczęła się w Poznaniu. Kto zna Poznań, ten wie, jak miło jest wyjechać z tego miasta o tej porze roku.
Postanowiliśmy przyjąć wycieczkowe tempo, w drodze do Warszawy odwiedziliśmy Konin, który jest wyjątkowo piękny wiosną. W Koninie mieszka Monika Marciniak, asystentka galerii. Odwiedziliśmy ją w domu rodzinnym a potem zjedliśmy obiad w Sfinksie - jedynej restauracji w Koninie. Później pojechaliśmy do Łodzi.
W Łodzi mieszka Martyna Sztaba. Martyna prowadziła kiedyś wydawnictwo Ha!art, a później galerię Delikatesy w Krakowie. Porzuciła jednak Kraków na rzecz wyjątkowo pięknej wiosną Łodzi. Pracuję tam w Muzeum Sztuki i studiuje coś na filmówce. Bardzo jest zadowolona, ponoć ma nawet stypendium naukowe.
Bardzo tęsknie za Martyną, tak rzadko się widujemy, że postanowiłem zrobić sobie z nią zdjęcie.
oto ono:
W Łodzi znaleźliśmy bardzo interesującą rzeźbę miejską "Drzewo Solidarności". Autorem tejże jest Jacek Ojrzanowski. Rzeźba cieszy się szczególna popularnością w kręgu złomiarzy, choć ci nie potrafili jej jeszcze skonsumować.
Po wyjeździe z Łodzi spotkaliśmy inny przykład kontrowersyjnej ingerencji w przestrzeń publiczną. Przydrożny krzyż, w którego ramiona w fantazyjny sposób wkomponowane są trzy święcące kule. Krzyż podłączony jest do prądu bezpośrednio ze słupa. Zastanawiam się czy krzyż podłączony jest na lewo, czy ma swój odlicznik, a może jest oficjalnie lampą uliczną.
W Warszawie odebraliśmy prace z Fundacji. Zobaczyłem też wystawę Juliana Jakuba Ziółkowskiego, która aż tak bardzo mi się nie podobała. Z dalszej części wycieczki nie mam żadnych zdjęć, więc będę to wszystko opisywał w jak najżywszy sposób.
Spaliśmy u Marii Kozłowskiej, która już nie pierwszy raz przygarnia mnie do siebie podczas moich podróży do pięknej wczesną wiosną stolicy. Maria jest moją koleżanką z okresu nastoletniego, mimo tego, że chodziła do innego liceum w Zielonej Górze i jest dwa lata młodsza, przyjaźniliśmy się. Mieszka w bardzo ładnym domu, w tym samym, w którym kiedyś mieszkała słynna polska pisarka Dorota Masłowska. Naprawilem jej dolnopłuk (Marii nie Dorocie Masłowskiej), bo cały czas leciała woda.
Spotkaliśmy się też z Pauliną Wrocławską, która prowadzi bardzo interesujące czasopismo dwutygodnik.com Paulina jest bardzo miła, super bystra i do tego ładna, więc jak spotykam ją gdzieś w Warszawie to bardzo się cieszę. Poszliśmy do bardzo popularnego w Warszawie lokalu Plan B. Później Paulina zaprosiła nas do domu na kolację. Ponoć teraz w Warszawie je się już tylko dobre rzeczy z drogich sklepów. Zjedliśmy pasztet, szynkę, kiełbasę i serek (ewidentnie z drogiego sklepu).
Po 4 godzinach snu, o 5:20 rano, wyjechaliśmy do Wrocławia. O 7.00 zjedliśmy śniadanie w góralskiej knajpie przydrożnej. Mikołaj zjadł cepeliny (obrzydliwe kluski z mięsem w środku) a ja zjadłem jajecznice na boczku z 4 jajek. Wszystko było obrzydliwe i z pewnością nie pochodziło z drogiego sklepu ze stolicy.
o 14.10 byliśmy pod Muzeum Architektury. Oddaliśmy prace (po oględzinach pani, która opiekuję się zbiorami) i poszliśmy oglądać ekspozycję (udało się wejść bez biletów).
o 19.20 byliśmy w Poznaniu. Mikołaj zaprosił mnie jeszcze na obiad. Podróż w Warszawie niewiele nas nauczyła, poszliśmy na zakupy do biedronki (w której okazało się, że nie mam gotówki, a kartą nie można płacić). Mikołaj kupił schab oraz 5 kilogramowy worek frytek. Mikołaj odżywia się niezdrowo, dużo gorzej niż ja i o wiele gorzej niż Paulina Wrocławska. Codziennie je frytki, używa dużo tłuszczów nasyconych, w jego diecie brakuje warzyw i owoców. Mówię mu: "Mikołaj, musisz zmienić nawyki żywieniowe", ale on nic.
Z drugiej strony, nagła zmiana diety, wcale nie musi wyjść na dobre. Tak jak pisałem, wlaliśmy do Mercedesa Mikołaja lepszą ropę. Mercedes rzeczywiście jechał lepiej, rozpędził się nawet do 90tki, niestety, parę dni po powrocie okazało się, że sie popsuł. Lepsza ropa ma w sobie środek, który czyści bak oraz te wszystkie rury. Rozrzedziła zalegającą na dnie zbiornika gęstą zawiesinę, która to zapchała wylot paliwa. Teraz Mercedes Mikołaja ma nowy bak, stary poszedł w rozliczeniu.
Oto zdjęcie z wystawy w autorstwa Mateusza Sadowskiego.
Wystawa odbyła się w Instytucie Awangardy, którym to instytutem opiekuję się Fundacja Galerii Foksal. Montaż ekspozycji trwał prawie tydzień, choć wcale nie musiał trwać tak długo, ale była to znakomita okazja, aby poobcować z przemiłą załogą tej instytucji. Wszyscy byli bardzo zaangażowani i staranni, do tego, szczególnie pracujące tam dziewczyny, bardzo dla mnie mili.
Wystawa się skończyła, a ja, jako współkurator, zdeklarowałem się, że zwrócę pracę w miejsce z którego były wypożyczone, czyli (w przeważającej część) do Muzeum Architektury we Wrocławiu.
Jako, że w dalszym ciągu nie posiadam samochodu, ani prawa jazdy żadnej kategorii, poprosiłem dr Mikołaja Iwańskiego o przysługę. Mikołaj jak zwykle się zgodził, choć, wcześniej jeździł ze mną jako magister. Teraz jako świeżo upieczony doktor ekonomii jeździ lepiej, wlaliśmy też lepszą ropę (co w konsekwencji okazało się dużym błędem, ale o tym później).
Podróż zaczęła się w Poznaniu. Kto zna Poznań, ten wie, jak miło jest wyjechać z tego miasta o tej porze roku.
Postanowiliśmy przyjąć wycieczkowe tempo, w drodze do Warszawy odwiedziliśmy Konin, który jest wyjątkowo piękny wiosną. W Koninie mieszka Monika Marciniak, asystentka galerii. Odwiedziliśmy ją w domu rodzinnym a potem zjedliśmy obiad w Sfinksie - jedynej restauracji w Koninie. Później pojechaliśmy do Łodzi.
W Łodzi mieszka Martyna Sztaba. Martyna prowadziła kiedyś wydawnictwo Ha!art, a później galerię Delikatesy w Krakowie. Porzuciła jednak Kraków na rzecz wyjątkowo pięknej wiosną Łodzi. Pracuję tam w Muzeum Sztuki i studiuje coś na filmówce. Bardzo jest zadowolona, ponoć ma nawet stypendium naukowe.
Bardzo tęsknie za Martyną, tak rzadko się widujemy, że postanowiłem zrobić sobie z nią zdjęcie.
oto ono:
| Martyna i sympatyczna pyza w czapce. |
Po wyjeździe z Łodzi spotkaliśmy inny przykład kontrowersyjnej ingerencji w przestrzeń publiczną. Przydrożny krzyż, w którego ramiona w fantazyjny sposób wkomponowane są trzy święcące kule. Krzyż podłączony jest do prądu bezpośrednio ze słupa. Zastanawiam się czy krzyż podłączony jest na lewo, czy ma swój odlicznik, a może jest oficjalnie lampą uliczną.
![]() |
| na tym zdjęciu wyraźnie widać skąd idzie kabel. |
W Warszawie odebraliśmy prace z Fundacji. Zobaczyłem też wystawę Juliana Jakuba Ziółkowskiego, która aż tak bardzo mi się nie podobała. Z dalszej części wycieczki nie mam żadnych zdjęć, więc będę to wszystko opisywał w jak najżywszy sposób.
Spaliśmy u Marii Kozłowskiej, która już nie pierwszy raz przygarnia mnie do siebie podczas moich podróży do pięknej wczesną wiosną stolicy. Maria jest moją koleżanką z okresu nastoletniego, mimo tego, że chodziła do innego liceum w Zielonej Górze i jest dwa lata młodsza, przyjaźniliśmy się. Mieszka w bardzo ładnym domu, w tym samym, w którym kiedyś mieszkała słynna polska pisarka Dorota Masłowska. Naprawilem jej dolnopłuk (Marii nie Dorocie Masłowskiej), bo cały czas leciała woda.
Spotkaliśmy się też z Pauliną Wrocławską, która prowadzi bardzo interesujące czasopismo dwutygodnik.com Paulina jest bardzo miła, super bystra i do tego ładna, więc jak spotykam ją gdzieś w Warszawie to bardzo się cieszę. Poszliśmy do bardzo popularnego w Warszawie lokalu Plan B. Później Paulina zaprosiła nas do domu na kolację. Ponoć teraz w Warszawie je się już tylko dobre rzeczy z drogich sklepów. Zjedliśmy pasztet, szynkę, kiełbasę i serek (ewidentnie z drogiego sklepu).
Po 4 godzinach snu, o 5:20 rano, wyjechaliśmy do Wrocławia. O 7.00 zjedliśmy śniadanie w góralskiej knajpie przydrożnej. Mikołaj zjadł cepeliny (obrzydliwe kluski z mięsem w środku) a ja zjadłem jajecznice na boczku z 4 jajek. Wszystko było obrzydliwe i z pewnością nie pochodziło z drogiego sklepu ze stolicy.
o 14.10 byliśmy pod Muzeum Architektury. Oddaliśmy prace (po oględzinach pani, która opiekuję się zbiorami) i poszliśmy oglądać ekspozycję (udało się wejść bez biletów).
o 19.20 byliśmy w Poznaniu. Mikołaj zaprosił mnie jeszcze na obiad. Podróż w Warszawie niewiele nas nauczyła, poszliśmy na zakupy do biedronki (w której okazało się, że nie mam gotówki, a kartą nie można płacić). Mikołaj kupił schab oraz 5 kilogramowy worek frytek. Mikołaj odżywia się niezdrowo, dużo gorzej niż ja i o wiele gorzej niż Paulina Wrocławska. Codziennie je frytki, używa dużo tłuszczów nasyconych, w jego diecie brakuje warzyw i owoców. Mówię mu: "Mikołaj, musisz zmienić nawyki żywieniowe", ale on nic.
Z drugiej strony, nagła zmiana diety, wcale nie musi wyjść na dobre. Tak jak pisałem, wlaliśmy do Mercedesa Mikołaja lepszą ropę. Mercedes rzeczywiście jechał lepiej, rozpędził się nawet do 90tki, niestety, parę dni po powrocie okazało się, że sie popsuł. Lepsza ropa ma w sobie środek, który czyści bak oraz te wszystkie rury. Rozrzedziła zalegającą na dnie zbiornika gęstą zawiesinę, która to zapchała wylot paliwa. Teraz Mercedes Mikołaja ma nowy bak, stary poszedł w rozliczeniu.
niedziela, 29 maja 2011
SOPOT
W podróży do Sopotu towarzyszył mi Mikołaj Iwański, bodaj najsłynniejszy (przynajmniej ostatnimi czasy) były pracownik Politechniki Koszalińskiej oraz, co nie wszyscy wiedzą, szef poznańskiej frakcji Zielonych. Mikołaj właśnie napisał (i czeka na recenzję) doktorat na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu. Tematem doktoratu jest rynek sztuki w Polsce. Jak przystało na osobę zajmującą się rynkiem sztuki, Mikołaj jeździ Mercedesem.

Mercedes 124 Diesel (zwany potocznie Baleronem) występował już na moim blogu (tu). Łączy on w sobie sportową elegancję z harmonią proporcji, wcześniej auto Mikołaja było wykorzystywane jako taksówka i to nie byle gdzie, bo w Bochum (Niemcy).
Podróż zaczęliśmy w dobrych nastrojach, wyjazd z wyjątkowo nudnego Poznania nad morze to zawsze miła odmiana. Po drodze nie mogło obyć się bez zdjęcia przy monumencie informującym o przebiegającym na trasie Wale Pomorskim - widomy dowód na polskość ziem odzyskanych mimo 800 letniej okupacji niemieckiej.

Pierwsza bardzo niemiła niespodzianka jaka nas spotkała zdarzyła się pod Miastkiem. Mieliśmy wypadek z udziałem Sarny, zwierzę niestety nie przeżyło. My wyszliśmy bez szwanku, samochód nie.
Co robić po zderzeniu ze zwierzęciem:
1. Wezwać Policję (zwierzę mogłoby przeżyć i potrzebować pomocy, policja wzywa leśniczego, który zajmuje się sprawą, jeśli zwierzę nie przeżyło ktoś musi je usunąć z drogi)
2. Po przyjeździe Policji nie ma sensu prosić ich o sporządzanie notatki. Odszkodowanie od Związku Łowieckiego czy Lasów Państwowych można uzyskać tylko w okresie polowań, gdy zwierzyna jest płoszona. W innym wypadku nie ma na to szans, nawet jeśli stara się o to Policjant (nasz uderzył już 3 sarny). Gdy samochód jest zniszczony (straciliśmy lampę i tzw. grilla) po sporządzeniu notatki policjant musi zabrać dowód rejestracyjny. Nie jest to nic dobrego, gdyż trzeba wzywać lawetę. Wiadomo, że nikt nie ma autocasco, więc nie ma co.
3. Umawiamy się z Policją, że się nie widzieliśmy, odwołujemy wezwanie na 112. Oni wzywają leśniczego (jako, że zwłoki zwierzęcia znaleźli przypadkiem)
4. Odjeżdżamy, ale ostrożnie.

Prawe światło i kierunkowskaz do wymiany.

Dziura w miejscu osłony chłodnicy
Dojechaliśmy do Słupska, rodzinnego miasta Mikołaja. Światło zostało tymczasowo zreperowane. 30 km przed Sopotem wysiadło wspomaganie kierownicy i zapaliła się kontrolka oznaczająca akumulator.
Co należy robić w takiej sytuacji:
1. Na początku koniecznie zlekceważ objawy, bez wspomagania nie jest lekko, ale da się dojechać. Światełko może być objawem awarii całej deski rozdzielczej, nic z tym nie zrobimy.
2. Po dojechaniu na miejsce warto zobaczyć co się dzieje z silnikiem

3. W tym przypadku przyczyna awarii wspomagania w Baleronie Mikołaja leżała w tym, że spadł pasek klinowy. Ta dwa elementy są w jakiś niezrozumiały sposób sprzężone ze sobą. Pasek należy wymieniać co jakiś czas, albo i nie. Demontujemy pokrywę.

4. Zakładamy pasek, w internecie znajdują się schematy ułożenia paska na kołach zębatych, nie znaleźliśmy niestety opisu do Mercedesa Diesla 124.

5. Uruchom wyobraźnię (przestrzenną), po licznych próbach w końcu uda się znaleźć prawidłowe ułożenie

6. Nie da się na siłę nałożyć paska. Mimo prób. Okazało się, że Mercedes 124 Diesel posiada tzw. zespół naciągacza (nie ma to związku z tym, że Baleron był wcześniej niemiecką taksówką).

7. Jeśli nawet doraźnie zajmujesz się sztuką idź do najbliższej galerii, z pewnością pożyczą Ci narzędzia. Nie idź do najbliższego Sheratona, tam z pewnością nikt nie pożyczy Ci narzędzi
8. Pożyczyłem narzędzia od bardzo miłego Pana z obsługi technicznej PGS w Sopocie. Do nałożenia paska potrzebujemy: imbus czwórkę, klucz trzynastka, duży płaski śrubokręt (ale bez imbusa ostatecznie też da radę)

9. Odkręcamy śrubę mocującą odciągacz
10. Zakładamy Pasek
11. Jeśli uda Wam się to zrobić w czasie krótszym niż godzina jest dobrze.
W drodze powrotnej spotkało nas kolejne niemiłe zdarzenie. Z racji naszej, raczej niepolskiej, urody zostaliśmy wzięci za przemytników i pod pozorem sprawdzenia gaśnicy zatrzymała nas służba celna.

W tym rejonie ma być budowana elektrownia atomowa, nie dziwi więc wzmożona czujność.
Jedyne co Mikołaj miał wspólnego z radioaktywnością to jeden z jego wcześniejszych
samochodów egzotycznej marki „Proton” (malezyjska odpowiedź na Mitsubishi). W „Protonie”
Mikołaja swego czasu wybuchł silnik, więc Mikołaj już nim nie jeździ.
Co należy zrobić w razie zatrzymania przez służbę celną:
1. Nie należy się popisywać znajomością języków obcych (w szczególności rosyjskiego)
2. Zachować spokój i asertywność.
3. Odwracać uwagę od braku gaśnicy, trójkąta, apteczki, tylnego światła, krwi na zderzaku.
4. Zagadywać.
Ostatnią niemiła niespodzianką był mandat za brak biletu parkingowego. Zatrzymaliśmy się w Słupsku na dwie minuty po papierosy i colę, po wyjściu ze sklepu znaleźliśmy mandat od Straży Miejskiej wypisany na godzinę 11:11 (a była 11:10).

Co należy zrobić w takiej sytuacji:

Głównym powodem wycieczki była chęć zobaczenia Brudnej Wody - wystawy przygotowanej przez Ewę Juszkiewicz i Paulinę Ołowską w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie. To bardzo
sympatyczna placówka wystawiennicza, umieszczona w bezpośrednim sąsiedztwie sopockiego molo.
Mam wrażenie, że umknęła ona trochę polskiej publiczności, a szkoda, bo jest to więcej niż przyzwoita wystawa. Udało nam się zdążyć w ostaniej chwili, gdyż niebawem wystawa miała być demontowana, a galeria przygotowana na przyjęcie Janka Simona.


Mikołaj twierdzi, że oglądanie wystawy należy zacząć od filmu. Na wystawie jest jedna praca wideo: Artemisa Agnieszki Brzeżańskiej. Praca oparta na bardzo prostym zabiegu – z filmu pornograficznego pozostawione zostały wątki fabularne. Rzecz rozgrywa się w kolorystyce meksykańskiego odpowiednika TVN. To bardzo syntetyczne ujęcie potocznego wyobrażenia o sztuce połączonego z uprzedmiotowiającym kobietę męskim wyobrażeniem o jej uległości. Bohaterka aspiruje do „męskiego” zawodu malarza w związku z tym jest bardzo protekcjonalnie traktowana, mamy również figurę opresyjnego ojca oraz nadzieję na szczęśliwe zakończenie. Domyślamy się również, że jej walka o prawo do spełnienia swoich ambicji wiąże się z szeregiem usuniętych przez Agnieszkę Brzeżańską scen.


Niestety w realnym, nie filmowym świecie jest tak, że większość profesorów na Akademiach stanowią starzy mężczyźni, którzy co prawda nie zachowują się tak jak bohater filmu (poza naprawdę nielicznymi przypadkami), ale umacniają oni wyobrażenie o „męskim” charakterze zawodu artysty.
Niebezpiecznym wyjściem z tej męskocentrycznej wizji świata jest tworzenie wystaw sztuki kobiet. Takie koncepcje często ocierają się o banał, zwłaszcza gdy stoi za nimi zbyt płytka refleksja dotycząca feminizmu. Tworzenie dla kobiet osobnej kategorii „sztuki kobiet” potwierdza tylko patriarchalny układ i podział na poważną i tą mniej poważną sztukę.
Z drugiej strony, kobiety, jako grupa przez lata dyskryminowana i poszkodowana może potrzebują takich wystaw jako rodzaj rekuperacji za doznane krzywdy i upokorzenia? Należy pamiętać, że feminizm nie jest odbijaniem piłeczki, a patriarchat jest opresyjny zarówno dla kobiet jak i mężczyzn!
Niestety może też być inaczej i tego rodzaju wystawy nie stoją w opozycji do najnowszych zdobyczy feminizmu. Nie jestem zbyt biegły w tego typu teoriach, co zawdzięczam niestety lenistwu.
Czy wystawa „Brudna Woda” wpisuje się w manierystyczny nurt „wystaw sztuki kobiet?”. Nie. Ona idzie o krok dalej, nie jest reprezentacją „sztuki kobiet”, w której implikowanym widzem jest mężczyzna, rządzi się ona inną logiką, której, z racji trudności w werbalizacji zwerbalizować nie potrafię, a którą, musicie mi uwierzyć na słowo, głęboko odczuwam.
Czy wystawa „Brudna Woda” wpisuje się w manierystyczny nurt „wystaw sztuki kobiet?”. Nie. Ona idzie o krok dalej, nie jest reprezentacją „sztuki kobiet”, w której implikowanym widzem jest mężczyzna, rządzi się ona inną logiką, której, z racji trudności w werbalizacji zwerbalizować nie potrafię, a którą, musicie mi uwierzyć na słowo, głęboko odczuwam.
Wystawa odwołuje się do swego rodzaju „kobiecej” symboliki, przenicowując ją i ustawiając w nowym interesującym kontekście. Jednym z głównych elementów jest wielka szafa (swoją drogą bardzo dobrze wykonana przez obsługę techniczną galerii). Umieszczono w niej kilkadziesiąt prac, nie były one podpisane i tworzyły swojego rodzaju mozaikę technik i postaw reprezentowanych przez zaproszone do udziału w wystawie artystki. Z jednej strony odniesienie do „szafy” jako przestrzeni prywatnej jest prostą metaforą (a raczej męskim wyobrażeniem) o twórczości kobiet jako o czymś schowanym, realizowanym w zaciszu domowym. Czymś co nigdy nie ujrzy publiczności. Z drugiej strony, wydaje mi się, że sposób aranżacji tych prac, w bardzo gęstym układzie, przywodzi na myśl sposób aranżacji XIX wiecznych salonow, tzw. aranżację petersburską. To zestawienie stereotypowo „prywatnej” przestrzeni z „salonowym” sposobem prezentacji jest szczególnie ciekawe. W pewien sposób jest to wizja alternatywnego salonu, który mógł odbyć się w mieszkaniu którejś z zapomnianych XIX wiecznych artystek.

W Bardzo podobała mi się też forma ekspozycji małych prac, które umieszczono na czymś w rodzaju pulpitów. Kolor i rytm brył przywodzi na myśl fale. Fala porywa prace. W gruncie rzeczy, wystawa mogłaby się ograniczyć do tych dwu elementów, bądź kontynuować ideę konstruowania skomplikowanego sztafażu dla prac. Nie jestem jednak krytykiem tylko kuratorem, więc z natury wiem lepiej jak wszystko powinno zostać zrobione.

Narracja wystawy dzieli ekspozycję na dwa poziomy galerii: na dole prace, które odnoszą się do „brudnej wody” (czyli „brudnych”, dzikich i niepokojących sił natury, które uosabia kobieta) na górze woda staje się coraz czystsza (sam na to nie wpadłem, zostało mi to podpowiedziane). Całość wieńczy panorama Bałtyku, który, przynajmniej z tej odległości wydaje się całkiem czysty.

Do wystawy został wydany fanzinowy katalog (numerowany!). Jest też wspaniały manifest.
Poza wszystkim mam wrażenie, że trochę się mijam z tym pokazem. Sądzę, że jego sens jest zawarty gdzie indziej niż na sali ekspozycyjnej. Wydaje mi się, że manifest nie jest tylko kolejną kokieteryjna grą z pola sztuki współczesnej i między uczestniczkami wytworzyło się prawdziwe poczucie siostrzanej więzi (choćby na czas realizacji tego projektu). Mimo, że kilka rzeczy nie podobało mi się i wiele rzeczy zrobiłbym inaczej, to właśnie w kilku dość kuriozalnych (nietypowych) decyzjach aranżacyjnych kryje się prawdziwa moc zdarzenia jakim jest ta wystawa, a ja czuje się tak obarczony swoją płcią i wszystkimi związanymi z nią nawykami, że „Brudna Woda” wyrzuca mnie na mieliznę. I to jest dobre.

Etykiety:
kącik poradnikowy,
mercedes 124,
warto było być
niedziela, 16 maja 2010
Problemy logistyczne
Mikołaj i jego Mercedes.
Dotychczas sądziliśmy, że maksymalna wielkość pracy, którą da się przewieźć to 130 na 100, tyle miało zdjęcie Łukasza Jastrubczaka, które transportowaliśmy Baleronem na wystawę do Zielonej Góry. Okazało się jednak, że właściciel zakładu fotograficznego, w którym owo zdjęcie było produkowane oszukał nas. Zdjęcie nie mogło mieć 130!

Podróż Baleronem na wystawę Łukasza Jastrubczaka "NTSC" w zielonogórskim BWA w lutym tego roku.
130 x 100 to format jednego z obrazów Ryszarda, który podróżował dziś z Berlina. Okazało się jednak, że nie da się go wsadzić do samochodu, brakuje 5 cm.
Po dwu godzinach prób wpakowania obrazu Mikołaj i Ryszard odkręcili pokrywę bagażnika. Dzięki temu kierowca miał widoczność w tylnym lusterku, obraz nieco wystawał, ale dojechał cało.
Zdemontowana klapa bagażnika, prowadnice klapy zostały wykorzystane jako punkty zaczepu linki.
Etykiety:
kącik poradnikowy,
mercedes 124,
z życia galerii
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Archiwum bloga
-
►
2011
(32)
- ► października (2)
.jpg)











